|
|
Miałem wielką, nieprzepartą ochotę na obejrzenie lekkiego katastroficznego kina zrobionego z rozmachem. No to wybrałem się i obejrzałem. Gdyby nie moje nastawienie, to pewnie teraz bym pomstował. A tak, całkiem przyjemnie się oglądało. Prawie całkiem przyjemnie...
Całość banalna - zbliża się katastrofa. Nie mam pretensji dla Emmericha - przeciez to kino lekkie i dla masowego (amerykanskiego lub zamerykanizowanego) odbiorcy. Wiecpozim naukowy podstaw konca swiata pomine. Pomine tez milczeniem cala fabule krecaca sie wokol glownych bohaterow. Bo tutaj nie ma co pisac - musza byc standardowi bohaterowie filmow katastroficznych. W dobrym, amerykasnkim, patetycznym wymiarze.
Pierwsze pol godziny tego ponad 2 godzinnego filmu nic sie nie dzieje. Niby narastac ma napiecie, ale nie narasta. To nie Hitchcock. Racja. Ale trochę napięcia by sie przydało. Potem zaczyna się "katastrofa". I znow poza wysmienitymi wielkiej skali efektami specjalnymi nie ma nic. Ktos inie. Ktos cudem nie ginie. Ale przynajmniej zaczyna sie cos dziac. I juz do konca filmu nie jest tak zle. Tylko jakies ze dwie przerwy na drzemke i ziewanie.
W filmie pojawia sie plejada papierowych postaci, jakichś takich bez wymiaru. Dzieki nim poznajemy caly przekroj amerykanskiego spoleczenstwa - od prezydenta (znow afroamerykanina) poprzez pisarza-nieudacznika az do tybetanskiego mnicha. Jest wiec kolorowo. Wybuchowo. Ale wiemy, ze wszystko skonczy sie dobrze. I to troche przeszkadza, bo caly film mozna obejrzec bez wiekszych emocji.
Co tu więcej pisać - film nie jest arcydziełem. Nie jest nawet wyśmienitym kinem katastroficznym. To po prostu kolejne, dobrze zrealizowane (znaczy - dobrze sprzedajace sie) kino made in USA. Film, ktory na malym ekranie calkiwicie nei ma sensu ogladac, bo znudzi. W kinie przynajmniej zobaczymy wielkie efekty wielkich katastrof...
Filmu 2012 nie bede goraco polecal...
5/10 |
Logowano IP
|